The Walking Dead: Michonne – Kataną w zombiaki

Lubię duże gry pokroju GTA czy Assassin’s Creed, ale mniejsze i krótsze tytuły też nie są przeze mnie pomijane. Do takiego grona zalicza się The Walking Dead: Michonne, która wprawdzie starczyła mi jedynie na ok. 3 godziny rozrywki, ale był to mile spędzony czas.

Zacznijmy od tego, że jestem dużym fanem The Walking Dead – obejrzałem wszystkie sezony serialu, ale też ograłem każdy sezon i pomniejsze serie, które do tej pory wyszły. Nigdy nie miałem styczności z komiksami i raczej mieć nie będę, bo nie ciągnie mnie do tego typu rozrywki.

Dlatego od takiego wstępu zacząłem, ponieważ dzisiejsza mini recenzja The Walking Dead: Michonne opowiada o bohaterce, która występuje zarówno w komiksie, jak i serialu. Z tego co znalazłem w sieci, w obu tych przypadkach jej osoba nieco się od siebie różni, więc pozwólcie, że będą się odnosił jedynie do tej znanej z serialu. Nie chcę się wypowiadać o tym, o czym nie mam pojęcia.

Jednak zajmijmy się tym co najważniejsze, czyli grą, która już od początku zaskakuje nas bardzo klimatycznym wstępem, z wpadającą w ucho muzyką i komiksowymi wstawkami. Fajnie, że już na wstępie jesteśmy raczeni czymś nowym, czego w poprzednich częściach nie było. Dobrze zrobione nowości są zawsze mile widziane.

Jak już zaczniemy właściwą rozgrywkę, to szybko poczujemy się jak w domu – sekwencje Quick Time Events i ciągłe wybory linii dialogowych, to nadal jest chleb powszedni. Czy to źle? Nie, bo taki rodzaj rozrywki idealnie pasuje do przygodówek, więc po co zmieniać coś, co się od lat sprawdza? Jedyną widoczną zmianą jest większy nacisk na walkę z zombie, ale jest to zrozumiałe, ponieważ Michonne nigdy od niej nie stroniła i robiła częsty użytek ze swojego znaku szczególnego, czyli katany.

Skoro jesteśmy już przy głównej bohaterce, to się przy niej na chwilę zatrzymajmy. Opowieść zaczynamy od dramatycznej sytuacji w jakiej się znajduje, ale na szczęście znajduje ona kogoś, kto wyciąga do niej pomocną dłoń. Kolejne wydarzenia przebiegają podobnie do tego co już widzieliśmy wcześniej, czyli zakładanie sojuszy, walka o przetrwanie i popadanie w tarapaty. Jeśli tutaj oczekujecie czegoś odkrywczego, to raczej muszę Was zasmucić, choć dla uspokojenia dodam, że jak zwykle stoi to na wysokim poziomie.

Ale byłbym skłamał, gdybym napisał, że nowości nie ma wcale. Bardzo fajnym posunięciem jest wprowadzenie swego rodzaju halucynacji, które pokazują nam wydarzenia z przeszłości. Interesujące jest patrzeć jak kobieta, która teraz swoją kataną morduje nieumarłych na potęgę, kiedyś była normalną kobietą prowadzącą normalne życie. Genialnie pokazuje to w jaki sposób człowiek może się zmienić w momencie nieprzyjaznej dla niego sytuacji. Czegoś takiego jeszcze nie było i za to należą się twórcom pochwały.

Odnośnie warstwy technicznej, to nie zauważyłem większych zmian. Ludzie z Telltale Games trzymają się swojej stylistyki i trudno ich za to winić. Mnie to absolutnie nie przeszkadza, a jeżeli ktoś od tego typu gry oczekuje fotorealistycznej grafiki, to chyba pomylił gatunki. Tutaj liczy się fabuła, a ta nie zawodzi.

Jeżeli miałbym wskazać jakieś minusy, to jednym z nich byłby za krótki czas na wybór kwestii w niektórych momentach, przez co albo wybieramy coś na oślep, albo przechodzimy dalej bez podjętej decyzji. Może być to tylko mój problem, bo nie jestem asem w szybkim czytaniu, ale chciałem to zaznaczyć. Nie za fajnie wyglądają też sekwencje, gdzie dostajemy kontrolę nad naszą postacią i musimy np. coś znaleźć. Zwiedzany obszar jest zawsze bardzo mały i brak w nim wielu interaktywnych przedmiotów. Na szczęście takich momentów w grze jest bardzo mało.

Wszystkie minusy, które wymieniłem nie są jednak w stanie zakłócić dobrego odbioru całości. The Walking Dead: Michonne to bardzo fajna miniseria, która za pomocą jedynie trzech odcinków opowiedziała ciekawą historię bohaterki z pozoru twardej, charyzmatycznej i samodzielnej, która jednak oprócz walki z żywymi trupami, musi także stawić czoła swoim słabościom. Historia godna polecenia.

Pozdrawiam
DesmoMach