Szpital, czyli moja szkoła życia

Różne rzeczy wpływają na to jacy jesteśmy – wychowanie, atmosfera w domu, środowisko, w którym się obracamy itd. Wszystko to z całą pewnością miało wpływ również na mnie, ale najwięcej ukształtował mnie mój prawie dwuletni pobyt w szpitalu.

Nie będzie mi łatwo o tym pisać. Nie był to miły okres w moim życiu (poza małymi wyjątkami), ale od dłuższego czasu czuję potrzebę podzielenia się z Wami tym doświadczeniem. Więc koniec z rozpisywaniem się i zapraszam do meritum.

Wszystko zaczęło się w drugiej połowie 1999 roku. Wtedy to zachorowałem o ile dobrze pamiętam na zapalenie płuc. Za dzieciaka dość często na coś chorowałem i nie rzadko kończyło się to pobytem w szpitalu, ale wtedy po raz pierwszy trafiłem na OIOM. Nie od razu, bo najpierw byłem na zwykłym oddziale, ale szybko zacząłem mieć duże problemy z oddychaniem i musiałem zostać podłączony do respiratora.

Było ciężko. Z respiratorem się „kłóciłem”, byłem zdezorientowany, nie mogłem spać, a do tego pierwszy raz w moim życiu nie było przy mnie nikogo z bliskich. Oczywiście były odwiedziny, ale w głównej mierze byłem zdany na siebie i obcych ludzi w około. Fatalna sytuacja dla 11-latka, który zawsze przy sobie miał kogoś do pomocy.

Na szczęście cała sytuacja nie trwała długo. Mój stan poprawił się i znów mogłem sam oddychać. Pamiętam, że zostałem rozintubowany, czyli została wyjęta mi rurka, przez którą oddychałem wcześnie rano i do przyjścia mamy (tata najprawdopodobniej był w pracy) było kilka godzin, więc w tym czasie trenowałem mówienie, żeby zrobić mamie przyjemność i powiedzieć długo nie słyszane przez nią słowo „mama” (z rurką nie da się mówić). Tak też było i wszyscy byli szczęśliwi.

Mój stan dalej się poprawiał, ale ze szpitala nie trafiłem do domu, a do sanatorium dziecięcego w Repkach. Miałem tam kilka nieprzyjemnych zabiegów, ale z mamą mieliśmy swój własny pokój, okolica była ładna, więc nie było źle. Do tego miałem komiks Kaczora Donalda, więc nic więcej do szczęścia nie było mi trzeba 🙂

Po pobycie w Repkach wróciłem do domu, niestety nie swojego, bo w nim był spory remont, a do tego należącego do dziadków. Niestety moje szczęście nie trwało długo. Po ok. tygodniu znów zachorowałem i od razu wylądowałem na dobrze mi znanym OIOM-ie.

Pierwsze dni były fatalne. Wprawdzie nie byłem podłączony do respiratora, ale ciągły kaszel i inhalacje, których nienawidziłem mnie zamęczyły. Jedynie oklepywanie trochę mi pomagało, więc mama z tatą cały czas na zmianę okładali mnie po plecach. To było dla mnie jak uzależnienie. Bez oklepywania nie potrafiłem żyć.

Na dłuższą metę nic to nie dało. Znów zostałem podłączony do respiratora, ale to nie koniec problemów. W prawej opłucnej powstał ropień i musiałem mieć założony drenaż. Uwierzcie mi – dren w płucu to nic przyjemnego. Każde ruszenie nim, to był dla mnie ogromny ból. A przecież pielęgniarki czy lekarze czasem musieli coś przy nim zrobić.

Ale personel szpitala jeszcze w miarę uważał i starał się być delikatnym, choć były – przepraszam za brzydkie słowo – france, które nawet nie próbowały zminimalizować mojego cierpienia, ale najgorszy był chirurg, który od czasu do czasu przyjeżdżał i coś tam robił z moim drenem. Facet był nieprzyjemny, niedelikatny i jego wizyty zawsze kończyły się wielkim bólem. Jeśli tylko słyszałem jego głos na oddziale, to dostawałem białej gorączki.

To był najtrudniejszy okres. Wiele razy coś tam się zapychało, ja się dusiłem, a lekarze i pielęgniarki biegały koło mnie, aby mnie ratować. I te słowa, których nigdy nie zapomnę – patrz na mnie, nie zamykaj oczu…

Żeby tego było mało, to wtedy zbliżał się 2000 rok. Dużo osób uważało, że jak wybije północ, to może dziać się coś dziwnego – zabraknie prądu, maszyny zaczną wariować itd. itp. Paranoja nie ominęła mojego szpitala i zaczęły się przygotowania do nadchodzącej apokalipsy. Często wyłączali prąd i sprawdzali różne możliwości. Problem w tym, że byłem w takim stanie, że nawet kilku sekund nie potrafiłem wytrzymać bez respiratora, więc każde takie ćwiczenia, to był dla mnie dodatkowy stres. Na szczęście pluskwa milenijna okazała się bujdą i skończyło się tylko na strachu.

W międzyczasie lekarze zdecydowali się zrobić mi tracheotomię, czyli założyć rurkę do oddychania przez otwór w tchawicy. Do tej pory miałem rurkę założoną przez usta, ale takie rozwiązanie jest tylko tymczasowe, a już było pewne, że z respiratora szybko nie zejdę, więc nie było innego wyjścia.

Obietnice były piękne – będę mógł jeść, pić, mówić, a jak wyzdrowieję, to rurka zostanie wyciągnięta, a otwór zaszyty. Rzeczywistość okazała się z goła inna – wszystko mnie bolało, jeść i pić nie mogłem, a o mówieniu nawet nie było mowy. Jak się później okazało, wszystko to opanowałem, ale potrzeba było trochę czasu. W końcu wszystkiego uczyłem się niemal od nowa. Nie było to łatwe, ale dopiąłem swego.

Po Nowym Roku mój stan zdrowia dość niespodziewanie zaczął się poprawiać. Lekarstwa zaczęły działać, ja nabierałem sił, a ropień zniknął i mogłem pozbyć się drenu z płuca. Mój znienawidzony chirurg mi go wyjął i od tego momentu już go więcej razy na oczy nie widziałem.

Doszedłem do takiego stanu, że mógłbym wrócić do domu, ale cały czas oddychałem przez respirator, a wtedy jeszcze nie było mowy o zabraniu takiej osoby do domu.

Dni, tygodnie, miesiące mijały w zasadzie na niczym, ale ja nie marudziłem. Codziennie od 10:00 do 20:00 był przy mnie któryś z rodziców (wymieniali się), a do tego miałem w pokoju telewizor i PlayStation, więc na nudę nie narzekałem. Zatrzymajmy się na chwilę przy moim pokoju, bo to nie była zwykła szpitalniana salka. To był w zasadzie normalny dziecięcy pokoik. Oprócz wcześniej wspomnianego telewizora i PSX-a, miałem w nim radioodtwarzacz, plakaty na ścianach z piłkarzami – a jakże inaczej – Manchesteru United i Britney Spears (wtedy tego słuchałem) oraz dużo zabawek. Czułem się w nim niczym u siebie w domu, ale salowe, które musiały lawirować pomiędzy dużą ilością kabli, a jeszcze większą stertą zabawek już tak szczęśliwe nie były 🙂

Skoro już jesteśmy przy personelu, to kilka zdań o pielęgniarkach. Większa ich część była bardzo miła i pomocna. Nie było problemu jak się chciałem odessać lub miałem inną potrzebę. Wiele pielęgniarek opowiadało mi o swoich rodzinach, a także pokazywało zdjęcia dzieci czy zwierzaków. Jedna nawet miała PlayStation i była fanką Tomb Raidera, więc nieraz wymienialiśmy się grami. Takie pielęgniarki z powołania.

Z drugiej strony było kilka takich, które będę nazywał pigułami, bo bardziej to do nich pasuje. Beata, Aśka i Baśka – tych imion nie zapomnę. Były niemiłe, opryskliwe, a doproszenie się czegokolwiek graniczyło z cudem. Pamiętam, że jak byłem w najcięższym stanie i praktycznie każdy dzień był dla mnie walką o życie, to Baśka przyszła na zmianę, weszła do mnie do pokoju i wypaliła – „To Ty jeszcze żyjesz?”. Super podejście do ciężko chorego dziecka. Na szczęście takich strzykaw było tylko kilka.

Do lekarzy też miałem szczęście. Na oddziale pracowało ich sześciu, ale zdecydowanie najbardziej charakterystyczna była ordynatorka. Starsza kobieta, ale z dużą werwą i wahaniami nastroju. Raz wpadała do mojego pokoju i kazała wszystko przestawiać i zabierać zabawki, by później po powrocie z wakacji przywieźć mi pamiątkę. Charakter miała ciężki, ale lekarzem była wyśmienitym i to głównie dzięki niej mogę ten tekst pisać.

Była też lekarka, która zawsze do mnie przychodziła na słodycze, które uwielbiała i młoda pani doktor, która umiała grać na gitarze. Z tym wiąże się bardzo miła sytuacja. Jak byłem w takim krytycznym stanie, to akurat było Boże Narodzenie. Pani doktor przyniosła do szpitala gitarę akustyczną i zagrała oraz zaśpiewała mi kilka kolęd. Mimo że słabo to pamiętam, to uważam ten gest za jeden z milszych podczas mojego pobytu w szpitalu.

W zasadzie większość już opisałem. Pozostaje kwestia mojego powrotu do domu. Rodzice po rozmowach z lekarzami i pielęgniarkami doszli do wniosku, że zaczną zbierać pieniądze na respirator, dzięki czemu zabiorą mnie do siebie. Na początku nic mi nie mówili, bo nie chcieli robić mi za wcześnie nadziei, ale ja i tak wcześniej się dowiedziałem, bo jedna pielęgniarka się wygadała (ach te długie kobiece języki 😉 ), ale rodzicom tego nie powiedziałem i jak już mi to zakomunikowali, to udawałem zdziwionego.

Zbieranie pieniędzy nie szło najlepiej, a taki sprzęt swoje kosztował. Wtedy to moja mama usłyszała w radiu, że Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie otwiera program, w którym dają takim pacjentom jak ja respiratory do domów. Kilka telefonów i już byłem do niego zapisany. Jednak aby dostać respirator najpierw musiałem odwiedzić CZD z moimi rodzicami, żeby mogli mnie przebadać, a rodziców przeszkolić. Wszystko trwało ok. tydzień i przebiegło bezproblemowo.

Z Warszawy wróciłem jeszcze na kilka dni do swojego szpitala, aby wszystko na spokojnie dograć. Pamiętam, że w ostatnią noc pielęgniarki zrobiły mi psikusa i wymalowały mnie pastą 🙂 A potem to już rodzice, karetka i do domu.

I tak oto prezentuje się mój najdłuższy pobyt w szpitalu. Bardzo ważny okres w moim życiu, który z pewnością mnie ukształtował. Stałem się bardziej odpowiedzialny, ułożony, więcej rzeczy zacząłem doceniać, nie byłem już takim maminsynkiem i po prostu dorosłem. Może trochę za wcześnie, ale w tym wypadku lepiej za wcześnie niż za późno. Zdecydowanie to była moja szkoła życia.

Pozdrawiam
DesmoMach