O informatyku, który pisze artykuły

Praca bardzo często jest złem koniecznym. Chodzimy do niej tylko dla pieniędzy i nie czerpiemy z niej przyjemności. Może być jednak tak, że zawsze o niej marzyliście i po jej otrzymaniu znajdujecie się w siódmym niebie. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy.

Był sierpień, słonko ładnie świeciło i wtedy… Dobra dobra, nie będę tak zaczynał mojego wpisu, bo później zabrakło by mi weny na dokończenie go w tym tonie. Ale jeden fakt się zgadza – w sierpniu miałem pierwsze spotkanie z moim przyszłym pracodawcą, na którym wszystko ustaliliśmy. Ale wróćmy nieco wcześniej.

Jeżeli śledziliście mojego bloga, to z pewnością natrafiliście na wpis o moim 3-miesięcznym stażu w Ścigaczu, a jeżeli go nie czytaliście, to TUTAJ podaję do niego odnośnik. Była to fantastyczna przygoda, która niestety nie przerodziła się w zatrudnienie mnie na stałe. Było mi smutno, ale przyjąłem to na klatę i zawsze wspominałem ten krótki okres bardzo miło.

Oczywiście po odmowie próbowałem znaleźć pracę gdzie indziej, ale wszędzie wymagali szybkiego pisania, co ze względu na moją chorobę jest niemożliwe. W innych firmach przeszkodą było moje niskie wykształcenie. Muszę przyznać, że mój zapał w szukaniu pracy był chwiejny – raz przeglądałem oferty i składałem CV, by potem zaprzestać jakiegokolwiek szukania na kilka tygodni. I tak w kółko.

Gdy byłem właśnie w takiej bezczynności, to pewnego razu zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka z informacją, że załatwiła mi rozmowę ze swoim szefem w sprawie pracy. Powiedziała, że to nic pewnego i że zbyt dużo nie może powiedzieć, bo sama szczegółów nie zna.

Po tym telefonie byłem bardzo nakręcony. Z jednej strony wiedziałem, że nie mogę popadać w huraoptymizm, ale z drugiej zdawałem sobie sprawę, że druga taka okazja może się nie powtórzyć. Nie radzę sobie najlepiej w takich sytuacjach, więc przez te kilka dni byłem lekko poddenerwowany. Czekanie w takich momentach jest najgorsze.

W dzień rozmowy byłem strzępkiem nerwów – ból brzucha nie opuszczał mnie ani na chwilę. Wszystko przeszło jak już zacząłem moją pierwszą w życiu rozmowę kwalifikacyjną. Mój przyszły szef był zaledwie kilka lat ode mnie starszy i sprawiał dobre wrażenie. Powiedział mi, że miałbym się zająć budową, a następnie modernizacją strony www oraz prowadzeniem profilu na Facebooku. Najważniejsze, że był świadomy moich ograniczeń i nie miał do nich nic przeciwko.  Wszystko wstępnie dogadaliśmy, a pracę miałem zacząć za półtora miesiąca.

Moja radość trwała krótko, bo niemal od razu wziąłem się za szukanie kursów tworzenia stron. Przecież o webmasterce nie miałem bladego pojęcia! Na szczęście pracodawca zapewniał, że taki kurs mi sfinansuje. Miałem kilka tygodni na znalezienie kogoś, kto mnie tego nauczy. Ostatecznie padło na faceta o imieniu Tomek, którego załatwiła mi moja była nauczycielka, o której pisałem TUTAJ. Po wymienieniu z nim kilku maili wiedziałem już, że lepiej trafić nie mogłem i będzie nam się fajnie współpracować.

W międzyczasie, żeby nie tracić czasu, uczyłem się z darmowych poradników, które znalazłem w sieci. Najwięcej wiedzy czerpałem z YouTube’owego kanału Pasja Informatyki, do którego TUTAJ macie link. Super kanał, który gorąco polecam.

Czas leciał, a mój pracodawca dalej nie ruszył z projektem. Miało to być zupełnie coś nowego, więc załatwiania było co nie miara. Problem polegał na tym, że dopóki oni nie ruszyli, to ja nie mogłem być zatrudniony, a bez zatrudnienia nie mogłem zacząć kursu i koło się zamykało. Musiałem cierpliwie czekać.

Właśnie, nie napisałem co to miało być. Mój szef zakładał spółdzielnię socjalną, która miała się zajmować mediacjami i doradztwem finansowym. Temat, o którym nie wiedziałem nic, ale zapewniano mnie, że nie trzeba być prawnikiem, aby to ogarnąć. Uwierzyłem im na słowo.

Wszystko przeciągało się aż do grudnia, kiedy to podpisałem swoją pierwszą w życiu umowę o pracę. Coś pięknego. Tyle czasu na nią czekałem i w końcu jest. Dostałem od razu umowę na rok, więc szczęście było jeszcze większe. Wprawdzie tylko na pół etatu, a nie na pełny jak chciałem, ale nad tym za bardzo nie ubolewałem.

Umowa obowiązywała, ale przez nieco ponad miesiąc nic nie robiłem. Cały czas mieli dużo spraw na głowie, więc na swoją kolej musiałem zaczekać. Można powiedzieć, że był to najlepszy czas – leniuchowałem, a kasa spływała 😉 Oczywiście żartuję, ponieważ pieniądze nie są dla mnie w tej sytuacji najważniejsze. Skłamałbym pisząc, że nie są istotne, ale zdecydowanie nie pracuję jedynie dla nich.

Moim pierwszym zadaniem wcale nie było stworzenie strony, co sami zrobili, a napisanie tekstu na jedną z podstron. Kolejne dwa wyglądały podobnie, a gdy zostałem poinformowany, że chcą ,abym założył bloga i go prowadził, to zrozumiałem, że z webmasterką będę miał mało do czynienia. I wiecie co? Ucieszyłem się z tego. Budowanie stron jest fajne, ale dużo bardziej lubię pisać. Wprawdzie nie o tym o czym bym chciał, ale ma to też swoje plusy. Po pierwszych dwóch tygodniach rzeczywistej pracy dowiedziałem się o prawie więcej, niż przez całe życie. Najlepsze jest to, że niektóre tematy są naprawdę ciekawe, więc nie czuję znudzenia.

Na blogu spółdzielni jest już około 10 wpisów mojego autorstwa i cały czas pracuję nad kolejnymi. Raz ja na jakiś temat wpadnę, a raz szef coś zleci. Najważniejsze, że dobrze się dogadujemy i jest fajna atmosfera. Mogę o wszystko zapytać i zawsze dostaję miłą odpowiedź. Nie każdy boss tak postępuje.

Nie pracuję długo, ale póki co jestem bardzo zadowolony. Najbardziej cieszy mnie to, że wszystko sam robię. Na Ścigaczu rodzice pomagali mi w pisaniu, żeby newsy były jak najszybciej. Faktycznie, pisanie trwało krócej, ale zawsze tata lub mama jakąś zmianę sugerowali, więc artykuły nie były w 100% moje. Teraz sam szukam źródeł, sam piszę i sam umieszczam wszystko na stronie. Czuję, że coś potrafię. Dodało mi to sporo pewności siebie.

Widzę, że mam już ponad 900 słów, więc pora powoli kończyć. Stary DesmoMach, który nigdy nie wiedział kiedy skończyć powrócił 😉 Mam nadzieję, że bardzo Was nie zanudziłem, a ze swojej strony dodam, że jeżeli macie pracę, której nienawidzicie, to zastanówcie się co można zrobić, aby Wam się pracowało lepiej. Praca może być przyjemna, o ile robi się to,  co się lubi robić. Zdaję sobie sprawę, że w wielu przypadkach jest to niemal niemożliwe, ale warto chociaż spróbować. Od ciągłego użalania się nad swoją robotą nic się nie zmieni. Ja miałem szczęście, więc i Wy możecie mieć, ale szczęściu trzeba czasem trochę pomóc 🙂

Pozdrawiam
DesmoMach