MotoGP – Viñales zaczyna sezon od wygranej

GP Kataru po raz kolejny zainaugurowało sezon MotoGP. Ostatnich kilka edycji generowało ogrom emocji i w idealny sposób nastawiało do oglądania kolejnych rund. Czy i tym razem było podobnie?

Pytania bez odpowiedzi

Zima w tym roku dała nam w kość – dużo śniegu, mróz i dużo ponurych dni. Dla osób, które lubią uprawiać sporty zimowe może i było to fajne, ale dla przeciętnego Kowalskiego, który nie lubi „miśkować” się w kurtki, swetry, szaliki, kalesony i inne wynalazki przeznaczone na Grenlandię, ta pora roku może się jak najszybciej zakończyć. I dobrze, że się zakończyła, bo oznacza to powrót sportów motorowych, w tym naszego ukochanego MotoGP!

Przerwa zimowa ciągnęła się jak zawsze długo, ale na szczęście mieliśmy kilka fajnych tematów, o których mogliśmy rozmawiać i rozmyślać. Jednym z nich była przyszła postawa Mavericka Viñalesa i Jorge Lorenzo na nowych dla siebie motocyklach. Hiszpanie byli niewątpliwie jednymi z gwiazd poprzedniego sezonu i każdy zastanawiał się jak wypadną w nowych dla siebie rolach.

Kolejną zagadką był urzędujący Mistrz Świata, Marc Marquez. Czy po raz kolejny zdominuje zawody i nie pozostawi rywalom wątpliwości, kto w ostatnich latach jest najlepszym zawodnikiem? W tym celu pomóc mu miał zupełnie nowy silnik Hondy. Japończycy przygotowali układ napędowy w charakterystyce „big bang”, który miał rozwiązać problem z zeszłego roku ze słabym przyspieszeniem. Na „papierze” wyglądało to wszystko bardzo obiecująco, ale czy Losail potwierdził pójście Hondy w dobrą stronę?

Niewiadomą były także nowe twarze w królewskiej klasie. Najwięcej oczu było skierowanych na KTM-a. Austriacki producent zbudował jeden z najpiękniejszych motocykli w stawce, ale na przedsezonowych testach nie wypadali dobrze, ba, nawet stwierdzenie, że średnio, to i tak za dużo, więc obserwatorzy zadawali sobie pytanie, czy w Katarze pokarzą coś ekstra.

Również zaciekawienie budziła spora liczba debiutantów, którzy przybyli prosto z klasy Moto2, z mistrzem z sezonów 2015 i 2016 Johannem Zarco na czele. Oprócz Francuza, do najwyższej kategorii awansowali również Jonas Folger, Alex Rins i Sam Lowes. Czy wśród nich znajduje się następca największych nazwisk tego sportu?

Oczywiście po jednym wyścigu nie można wyciągać daleko idących wniosków, ale co nieco już można zauważyć, więc do dzieła!

Viñales zrobił swoje

Kilka lat temu najlepsi zawodnicy MotoGP zostali ochrzczeni mianem „kosmitów”. Myślę, że trzeba przygotować kolejne miejsce w statku kosmicznym, ponieważ mamy nowego przedstawiciela tego gatunku.

Maverick Viñales, bo o nim mowa, już w zeszłym sezonie prezentował znakomitą formę. Dosiadając motocykla Suzuki, który – nie oszukujmy się – nie był tak zaawansowany jak Honda, Yamaha i Ducati, potrafił w Silverstone wygrać i jeszcze 3 razy stanąć na podium. W klasyfikacji generalnej młody Hiszpan zajął znakomitą 4. lokatę, zostawiając za sobą takich tuzów jak Dovizioso czy Pedrosa.

Jednak to był tylko przedsmak tego, na co go stać. Po przesiadce na Yamahę od razu zaczął kręcić bardzo szybkie okrążenia i wszystkie przedsezonowe testy opuszczał z najlepszym czasem. Czuł się na nowym motocykle tak, jakby od lat na nim jeździł.

Jednak prawdziwym testem miała być pierwsza runda nowego sezonu. Viñales w treningach spisywał się nieco w kratkę i raz wygrywał z ogromną przewagą, by np. w rozgrzewce być dopiero na 6. pozycji. Wprawdzie do wyścigu ruszał z pole position, które zdobył dzięki najlepszemu rezultatowi w treningach, bo kwalifikacje zostały odwołane przez złe warunki pogodowe, ale jego tempo było lekką niewiadomą.

Wyścig to jednak inna para kaloszy -niedzielna rywalizacja zawsze rządzi się swoimi prawami i dopiero wtedy mieliśmy poznać wartość nowej twarzy Yamahy. Maverick zdał ten egzamin celująco i wygrał po pięknej walce na ostatnich okrążeniach stoczonej z Andreą Dovizioso. Hiszpan zasługuje na jeszcze większe uznanie ze względu na warunki, w których zawodnikom przyszło rywalizować. Tuż przed startem nieco popadało, przez co mieliśmy kilka przesunięć startu, a jak już do niego doszło, to nawierzchnia w niektórych miejscach była wilgotna. Takie warunki są najgorsze, a mimo to młody Hiszpan opanował emocje i odniósł zwycięstwo w swoim pierwszym występie na Yamasze.

Wygrana Viñalesa zrobiła na mnie spore wrażenie. Owszem, był moim faworytem, ale jak zaczęło padać, a procedurę startową ciągle przesuwali, to pomyślałem, że wygra ktoś bardziej doświadczony. Teraz już wiem, że #25 jest zawodnikiem z najwyższej półki i należy go brać za głównego faworyta mistrzostw.

Wielka szkoda

To, co się działo na początku wyścigu, to istny armagedon. Niemal od razu na czoło stawki wysunął się debiutant Johann Zarco, a o czołowe lokaty, jak równy z równym walczył Andrea Iannone. Kto obstawił taki scenariusz u bukmachera, ten mógł mieć nadzieję, że wkrótce zostanie milionerem.

Jednak, jak to często bywa w takich momentach, nasze plany lubi rujnować uślizg przedniego koła. Obaj zawodnicy w taki sposób zakończyli zmagania i z Kataru wyjechali z zerową zdobyczą punktową.

Nie chcę ich ganić, a wręcz przeciwnie. Zarco chyba na każdym zrobił ogromne wrażenie. Debiutant, na niefabrycznym motocyklu, przecisnął się na pierwsze miejsce w takim stylu, jakby mu się ono po prostu należało. Ale najlepsze było jego tempo – ustanowił najlepszy czas całego wyścigu, a w jego jeździe nie było widać nerwowości. W końcu wprawdzie upadł, ale myślę, że przez tych kilka kółek zaskarbił sobie serca wielu ludzi kochających ten sport. Mam nadzieję, że to nie jednorazowy wybryk i Francuz nie raz jeszcze napsuje krwi najlepszym.

Odnośnie Iannone, to wiele razy pisałem, że nie jestem jego fanem. To taki trochę jeździec bez głowy. Włoch jest bardzo szybkim kierowcą, ale zawsze jak o nim myślimy, to mamy przed oczami zeszłoroczne wyścigi w Argentynie i Barcelonie, gdzie storpedował kolejno Dovizioso i Lorenzo. Głównie za akcję z Dovim za nim nie przepadam, ale jego jazda w GP Kataru mi się podobała. Mało kto wierzył w niego i w Suzuki, ale Iannone pokazał, że ten pakiet może nas nie raz zaskoczyć. Takie niespodzianki są przeze mnie mile widziane, ale mam jedną prośbę – Andrea, zabieraj na wyścigi głowę!

Espargaro znów szczęśliwy

Bardzo lubię, jeżeli wyścig posiada taką cichą gwiazdę, zawodnika, dla którego jego pozycja jest niczym zwycięstwo, mimo, że nie był nawet na podium. W niedzielę takim kimś był Aleix Espargaro.

Hiszpan to bardzo ciekawy zawodnik, który zawsze w padoku był komplementowany, ale jakoś nie miał on szczęścia do zespołów. Albo jeździł w słabszych teamach, albo – jak miało to miejsce w zeszłym roku – został nieładnie potraktowany przez Suzuki. Aleix bardzo źle przyjął decyzję o zrezygnowaniu przez producenta z Hamamatsu z jego usług, co odbiło się na słabszej formie Hiszpana w drugiej części sezonu.

GP Kataru jednak pokazało, że nawet na tak wysokim poziomie zdarzają się romantyczne historie. Espargaro przeszedł do Aprilii, która w poprzednim roku nie była konkurencyjna i w swoim pierwszym starcie dla włoskiej marki minął linię mety na znakomitym 6. miejscu. Po zjechaniu do boksów Hiszpan cieszył się z członkami swojego teamu tak mocno, jakby sięgnął po mistrzostwo. Wg mnie #41 zasłużył na tytuł zawodnika wyścigu ex aequo z Viñalesem. To nazywa się historia z happy endem 🙂

Pierwsze koty za płoty

Miało być krócej, a wyszło jak zawsze, ale taki wyścig nie mógł być potraktowany przeze mnie po macoszemu. Chciałem jeszcze napisać o Marquezie i innych debiutantach, ale wtedy byłoby tego za dużo. Poza tym ciężko coś wywnioskować po jeździe MM93, który jak sam powiedział źle dobrał przednią oponę i stąd ten słabszy rezultat. Możecie być pewni, że zawodnik Hondy będzie przeze mnie bacznie obserwowany i jeszcze nie raz coś o nim napiszę.

GP Kataru za nami. Było ciekawie, nieprzewidywalnie, stresująco i mega szybko. Myślę, że nikt nie jest rozczarowany widowiskiem i miejmy nadzieję, że kolejne rundy będą równie interesujące. A co nas czeka w następnej kolejności? W dniach 7-9 kwietnia odbędzie się GP Argentyny na torze Termas de Rio Hondo, na które gorąco zapraszam i z pewnością nie omieszkam o nim napisać.

Pozdrawiam
DesmoMach