MotoGP – Viñales wygrywa po upadku Marqueza

Po GP Argentyny trochę więcej oczekiwałem. Jest to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie rund i chciałbym, aby walka o zwycięstwo trwała do ostatnich metrów. Tak się nie stało, ale i tak było ciekawie, głównie dla fanów wywrotek. Przyjrzyjmy się zmaganiom na Termas de Rio Hondo z bliska.

Yamaha pozamiatała

W zasadzie to stwierdzenie trochę na wyrost, bo kto wie co byłoby, gdyby duet Repsol Hondy dojechałby do mety, ale fakt jest faktem, że ich dwójka zdobyła maksymalną liczbę punktów. Za to – na starcie mojego wpisu – należą im się wielkie gratulacje.

Troszkę nie wiem co napisać o Mavericku Viñalesie – nie chcę się powtarzać, ale wszystko co o nim napisałem w podsumowaniu GP Kataru pasuje i tym razem. Koleś po prostu wywiera na mnie bardzo duże wrażenie. Wszyscy mają problemy z ustawieniami, motocyklem, pogodą i innymi rzeczami, a Hiszpan jeździ tak, jakby był urodzony na Yamasze. Wydaje się, że nic mu nie przeszkadza, a jego jazda jest taka prosta. Przyjemnie się patrzy na jego poczynania.

Wg mnie najlepszym dowodem na to, że przynajmniej na tą chwilę Maverick jest na wyższym poziomie od reszty jest fakt, że oba dotychczasowe weekendy wyścigowe nie były wcale idealne. Nie sztuka wygrać jak wszystko się udaje, a sztuką jest zwyciężyć mimo niesprzyjających okoliczności. W Katarze pogoda mocno namieszała i chyba każdy był lekko zestresowany na starcie, a w Argentynie #25 musiał przebijać się z drugiego rzędu. W obu przypadkach Viñales zachował się niczym stary wyga i wygrał w iście profesorskim stylu.

Ale jak już jesteśmy przy doświadczeniu, to nie sposób nie wspomnieć o Valentino Rossim. Ja naprawdę nie wiem jak on to robi, że w treningach, kwalifikacjach i w rozgrzewce plasuje się w okolicach 10. miejsca, a w wyścigu walczy o czołowe lokaty. Nie jestem fanem Włocha, ale tym mi imponuje. A może ma jakiś „czerwony guzik”, który wciska dopiero w niedzielę? Chyba tak, bo innego racjonalnego wytłumaczenia nie ma 😉

Wracając jednak na ziemię, jego poprawa w wyścigach jest spektakularna, ale nadal niewystarczająca na młokosa z drugiej strony boksu. Póki co współpraca Rossiego z Viñalesem wygląda obiecująco – razem ze sobą rozmawiają, gratuluję sobie nawzajem sukcesów, ściskają się itp., ale coś czuję, że długo to nie potrwa. Vale to szczwany lis i pewnie zrobi wszystko, aby nie przegrywać za każdym razem ze swoim team-partnerem i nie chodzi mi o samą poprawę tempa. Obym się mylił, bo zawsze fajnie oglądać dobrą atmosferę na konferencjach i podium.

Marquez traci cierpliwość

Czwarte miejsce Marca Marqueza w GP Kataru traktowałem niczym mały wypadek przy pracy. Zaryzykował z doborem opon, nie udało się, bywa. Ale po ostatnim wyścigu mam trochę inne zdanie. Może to ryzyko było trochę wymuszone, bo wiedział, że przy standardowej opcji nie będzie w stanie walczyć z najszybszymi?

Piszę tak, ponieważ zmagania na Termas de Rio Hondo pokazały, że MM93 nie czuje się komfortowo. Zawodnik Hondy startując z pole position utrzymał swoją pozycję, ale ciekawsze było to, co robił na pierwszych okrążeniach – Hiszpan bardzo mocno naciskał, aby wyrobić sobie jak największą przewagę. Zdawał sobie sprawę, że Viñalesowi trochę zajmie awans na drugą pozycję, więc chciał tą sytuację wykorzystać i uciec na samym początku. Wszystko zakończyło się potężnym dzwonem i sporą stratą punktową na samym początku sezonu.

Myślę, że to wszystko pokazuje w jakim stanie jest Marquez – złym. W zeszłym roku też na początku Honda nie miała wystarczająco dobrego motocykla, ale ich as jeździł równo, mądrze i wykorzystywał każdą nadarzającą się sytuację. Teraz tego spokoju brakuje. Im szybciej Marc się wyluzuje, tym lepiej dla nas, kibiców, bo aktualny mistrz świata jeżdżący w czołówce, to gwarancja dużych emocji. Następna runda w USA będzie idealną okazją do wrócenia na szczyt, ponieważ Marquez jeszcze ani razu tam nie przegrał. Trzymam kciuki, aby wrócił stary-dobry Marc.

Festiwal upadków

Pamiętam, że jak zaczynałem przygodę z MotoGP, a było to w 2002 roku, to chciałem zarazić tym sportem mojego ówczesnego przyjaciela. Problem tkwił w tym, że ja emocjonowałem się prędkością, wyprzedzeniami i ładnymi maszynami, a jego kręciły tylko wypadki. Pewnie GP Argentyny byłoby jednym z najmilej przez niego wspominanych…

Nie lubię takich wyścigów, gdzie jest aż tyle upadków, a w szczególności, gdy moi faworyci lądują na deskach. Wszystko zaczęło się od Jorge Lorenzo, który glebnął już na pierwszym zakręcie, a później już poszło – Marquez, Rins, Lowes, Pedrosa i Aleix Espargaro z Dovizioso w jednym momencie. Upadków tyle, że można by kilka rund w nie obdzielić.

Oczywiście najbardziej mi szkoda moich ulubieńców, czyli Pedrosy i Dovizioso. Hiszpan upadł w najgorszym momencie, choć w sumie najlepszego nigdy nie ma, czyli jak zaczął gonić Crutchlowa i Rossiego i była realna szansa na fajną walkę w końcówce. Włoch natomiast miał pecha, bo błąd popełnił A. Espargaro, a Dovi był po prostu w złym miejscu o niewłaściwym czasie.

Sympatia sympatią, ale jest mi ich szkoda jeszcze z jednego powodu – to nie są najszybsi zawodnicy w stawce, więc jeżeli chcą walczyć o wysokie miejsca na koniec sezonu, to muszą regularnie dojeżdżać do mety. GP Argentyny nie było dla nich łaskawe i już teraz mają sporą stratę do Viñalesa, który ma komplet punktów. Miejmy nadzieję, że los uśmiechnie się do Daniego i Andrei już od kolejnego wyścigu.

Czarne konie

Ostatnie sezony MotoGP są niesamowite – coraz więcej fabrycznych motocykli, wielu utalentowanych zawodników, walka od startu do mety i coraz więcej nazwisk walczących o zwycięstwa. Chyba to powoduje, że tak kochamy ten sport. Ale też dlatego, że są tacy zawodnicy jak Bautista i Zarco.

Muszę przyznać, że po Hiszpanie nie spodziewałem się takich wyników, ponieważ ostatnie sezony w Aprilii i Hondzie były raczej średnie, ale najwyraźniej Ducati mu odpowiada. Wprawdzie w Katarze nie zobaczył flagi w czarno-białą szachownicę, ale w Argentynie był jedną z gwiazd. Na starym modelu Ducati zajął rewelacyjne czwarte miejsce, a do zwycięzcy stracił jedynie 6 sekund. Bardzo pozytywne zaskoczenie.

I jeszcze słowo o moim cichym bohaterze tego sezonu, czyli Johannie Zarco. Może teraz nie błysnął tak jak na Losail, ale przynajmniej dojechał do mety na bardzo dobrej piątej pozycji. A jego walka z Pedrosą i Petruccim – palce lizać. Takiego powiewu świeżości nam było trzeba.

Święta, a potem COTA!

Teraz przed nami weekend bez Viñalesa i spółki, ale potem karuzela MotoGP zamelduje się w Teksasie na torze COTA. Wydaje się, że faworytów może być tylko dwóch – Viñales, ponieważ jest w wyśmienitej formie i Marquez, który na tym obiekcie jeszcze nie przegrał. O tym, czy ta dwójka między sobą rozstrzygnie losy zwycięstwa,  czy ktoś inny pokrzyżuje im plany dowiemy się w dniach 21-23 kwietnia, kiedy to odbędzie się Grand Prix Ameryk. Będziecie oglądać?

Pozdrawiam
DesmoMach