MotoGP – Powrót do Europy szczęśliwy dla Pedrosy!

Po kilku wyścigach odbywających się poza Europą, karuzela MotoGP zawitała w końcu na Stary Kontynent. Jak zwykle pierwszy wyścig odbył się na Hiszpańskim torze Jerez de la Frontera. Czy było na co czekać?

To MotoGP czy Formuła 1?

Powiedzmy sobie szczerze – tor Jerez, choć ładny i co roku mamy tam fantastyczną atmosferę, to raczej rzadko dostarcza nam emocjonujących wyścigów. Oczywiście zdarzały się takie, ale te można nazwać wyjątkami. Ja osobiście mam do niego sentyment, bo mam piękne wspomnienie z nim związane, gdy w 2006 roku mój ulubieniec Loris Capirossi odniósł tam piękne zwycięstwo, ale poza tym raczej wieje tam nudą.

Nie inaczej było w tym roku. Stawka szybko się rozjechała i bliżej temu było do Formuły 1 niż MotoGP. Złośliwi twierdzą, że jedyną akcją wartą odnotowania była małą bójka Jacka Millera z Alvaro Bautistą, do której zresztą jeszcze wrócimy. Ja nie byłbym tak kąśliwy, bo fajnie się patrzyło na dobrą i agresywną jazdę Jorge Lorenzo i Johanna Zarco w pierwszych okrążeniach, ale też jako fan Daniego Pedrosy miałem cały czas podniesione tętno ze względu na Marqueza, który wg prognoz miał być dużo szybszy w końcówce. Tak się jednak na szczęście dla mnie nie stało i Dani zasłużenie wygrał.

Może i sam wyścig nie był porywający, ale ja się ogromnie cieszę z powrotu na europejskie obiekty. Lubię nocną rundę w Katarze czy bardzo fajną konfigurację w Argentynie, ale to w Europie czuć tą specyficzną atmosferę. Może to nieco dziwnie zabrzmi, bo przecież zmagania śledzę jedynie sprzed TV, ale ja to czuję. Może tylko sobie to wmawiam, a może faktycznie coś w tym jest. Nie zmienia to faktu, że bardzo to lubię i zawsze na europejskie rundy czekam z niecierpliwością.

Mały Książę

Ale dosyć tego gadania o pierdołach i przejdźmy do rzeczy. W GP Hiszpanii triumfował Dani Pedrosa, dla którego jest to pierwsze zwycięstwo od zeszłorocznego GP San Marino na torze Misano. Filigranowy Hiszpan trochę musiał poczekać na ponowne stanięcie na najwyższym stopniu podium, ale chyba lepszego momentu na to nie mógł sobie wybrać – Pedrosa zrobił to przed własną publicznością i w 3000. wyścigu w historii Motocyklowych Mistrzostw Świata. Nic dziwnego, że nie mógł powstrzymać łez. Wzruszający widok, który jest najlepszym przykładem na to, że prawdziwi faceci też płaczą.

Jednak to nie było takie normalne zwycięstwo – o dwóch czynnikach już wspomniałem, ale taka emocjonalna reakcja Daniego wg mnie była spowodowana też zejściem ciężaru z jego barków. Od wielu lat był on uważany (i w sumie słusznie) za drugiego kierowcę w teamie. Zawsze Marquez był tym lepszym i pewnie nadal tak będzie, ale Hiszpan z Sabadell pokazał, że jeżeli ma do dyspozycji dobry motocykl, a konstrukcja na sezon 2017 wydaje się mu bardzo pasować, to może w równej walce pokonać swojego team-partnera.

Zdaję sobie sprawę, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale głęboko wierzę, że zawodnik Repsol Hondy, który jest w tej ekipie od 2006 roku może powalczyć o tytuł. Jerez pokazało, że stać go na wiele i jeżeli tylko ominie go pech i dopisze nieco szczęścia, to może być ciekawie. Tego mu życzę, bo to jeden z niewielu zawodników w padoku, który jest takim zwykłym facetem. Nie w głowie mu gwiazdorzenie i konflikty z rywalami. Pedrosa chce po prostu dobrze jeździć i czerpać z tego radość. Chciałbym się przekonać, że takim podejściem też można zajść na sam szczyt.

Ktoś dał tyłka

Od lat tor Jerez de la Frontera był określany mianem toru Yamahy. Przyczyniały się do tego krótkie proste, ale najbardziej duża ilość szybkich i płynnych zakrętów. Charakterystyka Yamah zawsze tutaj idealnie pasowała, ale w tym roku coś nie pykło. Najwyżej sklasyfikowanym jeźdźcem spod znaku trzech skrzyżowanych kamertonów był o dziwo Johann Zarco na ubiegłorocznej maszynie, a fabryczni zawodnicy spisali się poniżej oczekiwań – Viñales był szósty, a Rossi dziesiąty. Jednym słowem tragedia.

Zastanówmy się zatem dlaczego im tak słabo poszło. W wypadku Viñalesa można powiedzieć, że to na pewno psychika. Dwa tygodnie temu wywrócił się w Teksasie, w Jerez też w treningu zwiedzał żwirowe pobocze z bliska, więc pewnie nie wytrzymuje presji. Problem polega na tym, że Rossi nie miał upadków, a pojechał jeszcze gorzej od Hiszpana. Tą tezę możemy zatem włożyć między bajki.

Dużo bardziej prawdopodobne wydają się problemy z oponami Michelin. W zasadzie żaden z kierowców fabrycznych tego nie przyznał, ale między wierszami można to wyczytać. Viñales cały weekend miał dziwne problemy, jak chociażby słaba przyczepność w lewych zakrętach, ale inni raczej nie narzekali. Najwięcej słów niezadowolenia słychać było z garażu Movistar Yamaha.

Ciekawe z czego to wynika. Czasami zdarzają się wadliwe egzemplarze opon, ale to może być jedna bądź dwie, a nie wszystkie. To też raczej odpada, choć Maverick twierdził, że po rozgrzewce był pełen optymizmu, a w wyścigu znów miał problemy i przed każdym zakrętem musiał hamować 30 metrów wcześniej niż zwykle, co sugerowałoby wadliwy komplet gum. Należy jednak brać pod uwagę, że pomiędzy rozgrzewką a wyścigiem jest 4 godziny różnicy, więc temperatura nawierzchni mocno się różniła.

Wg mnie to problem Yamahy. Wydaje się, że przygotowali motocykl zero-jedynkowy, gdzie albo warunki mu przypasują i zawodnicy są bezkonkurencyjni (Katar i Argentyna), albo nie i wtedy jest problem (Jerez). Miejmy nadzieję, że Yamaha szybko poradzi sobie z problemami i już od następnej rundy będzie walczyć o czołowe miejsca, co pozytywnie wpłynie na jakość widowiska.

Kung Fu Miller

Wcześniej obiecałem, że wrócę do Jacka Millera i to jest właśnie ten moment. Australijczyk miał naprawdę dobry weekend o czym świadczy niezła 10-ta pozycja w kwalifikacjach. Jednak prawdziwy „popis” dał w wyścigu – Alvaro Bautista nieco przesadził i w pierwszym zakręcie upadł zabierając ze sobą Millera, który po wszystkim podszedł do winowajcy i poczęstował go prawym sierpowym, a następnie kopnął Ducati Hiszpana.

Ja rozumiem, że to sport dla mężczyzn, ale to było takie szczeniackie. Jeszcze po wszystkim Australijczyk udzielił wywiadu, gdzie narzekał na wszystkich jadących obok niego, którzy rzekomo byli nadmiernie agresywni. Mam dla niego radę – jeździj na pierwszym bądź ostatnim miejscu, to będziesz mieć większą swobodę.

Miller wprawdzie dostał karę w wysokości 1000€, ale zapytany przez dziennikarza czy główny sponsor Marc van der Straten opłaci karę, Australijczyk odpowiedział: „Mam nadzieję. Muszę porozmawiać z szefem. Ale nie mam wątpliwości, że Marc van der Straten ureguluje ten rachunek.”. Mnie osobiście nóż się w kieszeni otwiera. Koleś na bank nie zarabia najniższej krajowej, a nawet tego tysiąca nie zapłaci. I jeszcze bezczelnie mówi, że na pewno za jego głupie zachowanie szef zapłaci.

Nigdy za Millerem nie przepadałem, ale teraz to już przesadził. O ile lepiej wyglądałoby gdyby powiedział, że nie wie czy szef zrobi przelew, ale on sam jest gotów zapłacić za swój głupi wybryk. Ale nie, Miller jest przecież najlepszy, bo wygrał jeden i to dość specyficzny wyścig, więc trzeba za niego płacić. Wielka gwiazda się znalazła.

Vive La France!

Za nami kolejna runda – GP Hiszpanii może nie było bardzo emocjonujące, ale sprawiło, że mamy ogromny ścisk w klasyfikacji generalnej. Pomiędzy pierwszym Rossim a czwartym Pedrosą mamy tylko 1o punktów różnicy, więc w kolejnym wyścigu wszystko się może zdarzyć. A ten już za niecałe dwa tygodnie na Francuskim torze Le Mans. Zapraszam gorąco do oglądania i czytania mojego podsumowania, które jak zawsze ukaże się we wtorek.

Pozdrawiam
DesmoMach